niedziela, 3 września 2017

Ręka Mistrza - Stephen King



''Stanąłem u szczytu schodów i spojrzałem w dół. Na dole, tuż przy pierwszym stopniu, tkwiły dwie małe, ociekające wodą postacie. Jabłko, pomarańcza, pomyślałem, a potem: wygram ja- wygrasz ty, Za oknami zamigotała błyskawica i w jej świetle zobaczyłem dwie dziewczynki, mniej więcej sześciolatki, z całą pewnością bliźniaczki z całą pewnością siostry Elizabeth Eastlake, te które utonęły. Mokre sukienki oblepiały ich ciałka, mokre włosy kleiły się do policzków. Ich twarze były to dwie blade makabryczne maski. 
Wiedziałem, skąd się tu wzięły. Wypełzły spod muszli. 
Dziewczynki ruszyły schodami do góry, trzymając się za ręce. Gdzieś wysoko, może z kilometr nad ziemią, przetoczył się łaskoczący grzmot. Chciałem wrzasnąć, nie mogłem. To przywidzenie, pomyślałem, a potem: to wcale nie przywidzenie.
- Dam sobie radę - powiedziała pierwsza dziewczynka głosem muszli.
- Czerwona - powiedziała druga dziewczynka głosem muszli.
Już były w połowie schodów. Widziałem ich główki, a właściwie czaszki, czaszki oplecione kołtunem mokrych, zwisających po bokach włosów.
- Usiądź w trumnie - wyskandowały unisono, jak wierszyk do skakania na skakance...ale mówiły głosem muszli. - Usiądź w urnie.
Wyciągnęły ręce do góry, sięgając po mnie dłońmi z upiornymi palcami, białymi jak rybi brzuch.
Zemdlałem i osunąłem się na podłogę u szczytu schodów."


Nad przyrodzone siły? Lubicie? Jeśli powiedzieliście "Tak", ta książka jest dla was.
Zapraszam do przeczytania mojej recenzji "Ręka Mistrza" Stephena Kinga.








 W pierwszym rozdziale, a właściwie pierwszym pobocznym rozdziale, czytamy "Jak powstaje obraz". Są to instrukcje malarza, naszego z książki, jak już można wywnioskować z tytułu, dotyczące powstawania obrazu. Myślę że jest to bardzo fajna sprawa, szczególnie dla osób interesujących się sztuką. 
Pierwszą postacią, jaką poznajemy jest Edgar Freemantle. Dowiadujemy się, że jeszcze przed ukończeniem wieku pięćdziesięciu lat, zostaje milionerem, razem z własną żoną Pam. Jest to zasługa ich wspólnej firmy budowlanej. Los chciał, aby nasz bohater doznał wypadku na budowie. Skutkiem tego, jego żona odeszła i stracił prawą rękę. Kolejną osobą, którą poznamy jest Kamen, psycholog od hipnoterapii, który pomaga naszemu bohaterowi po wypadku. Edgar ma pewną przyjaciółkę, mianowicie jest nią laleczka, Reba do której mówi... O dziwo ona jemu odpowiada, lecz po takim wypadku to nic dziwnego, co? 
Aby odzyskać równowagę w życiu i wrócić do sprawności, Freemantle wylatuje na wyspę Duma Key. Przeczytajcie sami, chcielibyście znaleźć się w takim miejscu? Bo ja z wielką chęcią.


"W pobliżu zachodniego wybrzeża Florydy leży łańcuch koralowych wysepek, naszyjnik-amulet rzucony na fale. Kto ma siedmiomilowe buty, może jednym krokiem przejść z Longboat na Lido, z Lido na Siestę i ze Siesty na Casey. A kolejny krok zawiódłby go na wyspę o nazwie Duma Key. Jest to skrawek lądu długi na czternaście i pół kilometra, a szeroki - w najszerszym miejscu - na osiemset metrów, położony pomiędzy Casey Key a Don Pedro Island. Większą jego część pokrywa dzika gęstwina figowców, palm i rzewni skrzypolistnych; brzegiem od strony Zatoki Meksykańskiej biegnie plaża, nierówna, pofałdowana licznymi wydmami i otoczona, niczym żywopłotem, dzikim zagonem unioli szerokolistnej, wysokiej aż po pas.''


Kolejne rozdziały, ukazują nam życie bohatera na wyspie, poznawanie jej i odkrywanie swojego talentu malarskiego. W późniejszym czasie, Edgar poznaje nową osobę, Jerome Wiremana. Pomaga on pannie Eastlake, tak zwanej "Córce  ojca chrzestnego'' w codziennej pomocy, ponieważ kobieta porusza się na wózku inwalidzkim.


Dalsze obrazy naszego bohatera, są piękne... Mimo to jest w nich coś niepokojącego. W trakcie ich malowania, zaczyna wpadać w pewnego rodzaju trans, jak by coś kierowało jego ręką, zupełnie inna siła. Z czasem zaczyna towarzyszyć mu ból jego ręki... Zaraz jakiej ręki? Przecież on nie ma jej. Dziwne, prawda? Drugą rzeczą jest niepohamowany apetyt po skończeniu rysunku i dziwne, nawet bardzo dziwne sny.


"Moja amputowana prawa ręka płonęła żywym ogniem. Musiałem go ugasić, bałem się, że w przeciwnym razie zwariuję. Ale na to był tylko jeden sposób. Poszedłem do pokoju na piętrze i przez trzy godziny malowałem jak szalony, bez modeli, bez widoków za oknem. Nie były mi potrzebne. Wszystko miałem w głowie."



Obrazy zostają wystawione w jednej z lepszych galerii. Dla każdego malarza to spełnienie marzeń, prawda?  Lecz nie dla naszego. Po sprzedaniu obrazów, zaczyna dziać się seria nieszczęść. Czy Edgar odwróci wszystko? Czy będzie jeszcze gorzej? Przekonajcie się sami.



"-Dla niej to wszystko jest zwykłą zabawą. Wszystkie nasze smutki A teraz znów się obudziła. - Chwyciła mnie za rękę. Dłoń miała lodowatą. - Edgar, ona już nie śpi!"



"Ręka Mistrza" była moją pierwszą książką Stephena Kinga. Wielu z was również główkowało się, którą pozycje wybrać jaką pierwszą. Mój wybór padł akurat na ten tytuł. I wiecie co? Nie żałuje, gdybym zaczął od innej, kto wie, czy miałbym  inne pozycje od tego autora.
King ma to do siebie, że bardzo szczegółowo wszystko opisuje, dlatego akcja rozkręca się wolno, czasami wręcz bardzo wolno, niestety ja jeszcze tego nie wiedziałem i tylko się irytowałem na początku. Miałem nawet myśli "Co ja kupiłem?" Lecz po przebrnięciu połowy, akcja ruszyła i nie mogłem się oderwać, naprawdę. Można to porównać do rollercoastera, który najpierw toczy się powoli, by przyśpieszyć do maksymalnej prędkości. Po wyjściu z niego czujemy się szczęśliwi, lecz z początku przerażeni, zgadłem? To porównanie idealnie pasuje do tej pozycji. Cała wyspa to jedna wielka tajemnica, kryjąca wielką zagadkę z przeszłości. Można wyczuć tutaj pewnego rodzaju,  dreszczyk niepokoju, przynajmniej mojej osobie on towarzyszył, więc jak najbardziej na plus. W książce znajdziecie również dużo filozoficznych przemyśleń. Minusy, jak dla mnie ich nie ma, chociaż dla pewnego grona odbiorców będzie to zbyt powolne tempo akcji, jako że ja już się przyzwyczaiłem do tego stylu, to nie stanowi to dla mnie żadnego problemu w odbiorze treści.


                                                 

„A z drugiej strony – przecież każdy zawsze musi dostać swoje od życia, tak czy nie? Jasne. Raz, prosto w nos. Raz, w oko. Raz, poniżej pasa i gleba, a sędziego nie ma, bo właśnie wyskoczył sobie na hot-doga. Tylko że ci, których się kocha, potrafią nas zranić najmocniej, a do tego pokazać innym, jak to się robi. Zdolność do zadawania bólu to największa siła miłości. Tak mawia Wireman.”

                                                                                                Liczba Stron: 766

                                                                               Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
                                                                                                Moja ocena: 8/10

1 komentarz:

  1. Bardzo fajna recenzja. Hm... warto też wspomnieć o Wiremanie, bo też z niego specyficzny mężczyzna. Z tego, co już przeczytałam to wiem, że jest jakiś inny... I momentami zastanawiałam się czy mam się go obawiać haha. No nic, tak jak obiecałam jeszcze dopełnię swój komentarz, bo zostało mi trochę do przeczytania ;)

    OdpowiedzUsuń

Pan lodowego ogrodu - Tom IV - Jarosław Grzędowicz

"Najpierw poczuliśmy spływający na nas chłód, a potem dziwne mrowienie na skórze, które jeżyło włosy na rękach i karku. Zawod...