poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Przebudzenie - Stephen King

                                     


"- Coś powiedziałem. - Coś, coś, coś. Się stało. Się stało. Coś się stało. Coś się stało, się stało, coś się stało. Się stało. Coś.

-Przestań. Nic ci nie jest. - Ale w jego głosie nie było pewności. Był strach. 

Słuchawki zniknęły. Próbowałem wstać i zamiast tego wyrzuciłem rękę do góry jak drugoklasista, który wyrywa się do odpowiedzi.

- Coś. Coś. Coś. Się stało. Się stało, się stało. Coś się stało.

Uderzył mnie w twarz, i to mocno. Szarpnąłem się do tyłu i wywinąłbym kozła, gdyby nie to, że krzesło stało prawie pod samą metalową ścianą warsztatu. 

Opuściłem rękę, przestałem bełkotać i tylko patrzyłem na niego.
-Jak się nazywasz?
Powiem, że coś się stało, pomyślałem. Imię Coś, nazwisko Się Stało.
Ale tak nie powiedziałem."

Zapraszam was do przeczytania, mojej recenzji Stephena Kinga - "Przebudzenie".







Na samym początku, poznajemy głównego, młodego bohatera, Jamie Mortona. Mieszka wraz ze swoją rodziną w miasteczku Harlow. Nasz bohater ma sześć lat, czas w którym poznaje świat, nie zdając sobie sprawy z problemów, które nas otaczają. Jak każdy będąc dzieckiem, uwielbiał bawić się swoimi zabawkami, a już szczególnie tymi wyjątkowymi. Tak jest również z naszym Jamie'm, który jest zajęty zabawą żołnierzykami. Podczas zażartej walki nagle pada na nią pewny cień. Któż to taki? Wielu z was zdenerwowało by się, lecz nie nasz bohater. Jego ciekawość, jak i dobre wychowanie, pozwalają poznać niejakiego Charlesa Jacobs'a, pastora,  który przyjechał do miasteczka wraz z córką i swą śliczną żoną.


"-Na śmierć i życie - powiedziałem, stawiając na ziemi ostatnich kilku bohaterskich Amerykanów. - Hicmer, ty będziesz następny!
Właśnie przesuwałem ich do przodu, szereg po szeregu wydając komiksowe dźwięki karabinu maszynowego kiedy na pole bitwy padł cień. Podniosłem głowę i zobaczyłem jakiegoś faceta. Zasłaniał słońce obrysowującego jego sylwetkę złocistym światłem - zaćmienie przez człowieka."  
(...) Wiele się działo, ale w tej chwili jakby wszystko umilkło. Wiem, że to tylko złudzenie, wytwór zawodnej pamięci (nie mówiąc o całej walizce mrocznych skojarzeń), ale wspomnienie to jest niezwykle silne. Nagle ucichły krzyki chłopaków za domem, płyta grająca na piętrze, stukot w garażu. Ptaki przestały śpiewać. 
Ten człowiek schylił się i wędrujące ku zachodowi słońce wychynęło znad jego ramienia, oślepiając mnie na chwilę. Podniosłem dłoń, żeby osłonić oczy.
-Przepraszam, przepraszam - powiedział i przesunął się tak, żeby patrząc na niego, nie musiał patrzeć w słońce. Od pasa w górę miał na sobie czarną marynarkę jak do kościoła i czarną koszulę z wycięciem w kołnierzu; od pasa w dół niebieskie dżinsy i pościerane mokasyny. Zupełnie jakby chciał być dwiema różnymi osobami jednocześnie. W wieku sześciu lat dzieliłem dorosłych na trzy kategorie: młodzi dorośli, dorośli i dziadki. Ten człowiek był młodym dorosłym. Oparł dłonie na kolanach, żeby z bliska obejrzeć wojujące armie.
-Kim pan jest? - spytałem.
- Charles Jacobs. - To nazwisko zabrzmiało jakoś znajomo. Wyciągnął rękę. Uścisnąłem ją od razu, bo nawet w wieku sześciu lat byłem dobrze wychowany. Jak my wszyscy. Mama i tata o to zadbali. 
- Dlaczego nosi pan za krótki kołnierz?
- Bo jestem pastorem. Od tej pory co niedzielę będziemy mogli się spotykać w kościele i w czwartkowe wieczory, jeśli będziesz chodził na spotkania koła młodych metodystów."

Wszystko układa się w porządku, nasz bohater uczęszcza na wyżej wymienione, "spotkania koła młodych metodystów" wraz z innym dziećmi. Zapowiadało się, że wszystko przez następne lata będzie takie same. Nie tym razem, w kolejnym rozdziale dowiadujemy się ze wspomnień naszego bohatera, iż wielebny Jacobs został zwolniony z powodu kazania które wygłosił z ambony dwudziestego pierwszego listopada 1965 roku. Zostajemy jednak cofnięci do wcześniejszych wspomnień, lepszych. Con, brat Jamiego na w skutek wypadku, wraca do domu z pręgą na gardle. Większość osób zlekceważyła by sobie  taki ślad, z myślą że przejdzie. Tak,też i jest w tym przypadku, lecz fakty okazały się inne. Chłopiec stracił głos.

"Kiedy wrócili, gardło Cona przecinała jaskrawoczerwona pręga.
- Zboczyłeś z trasy i wpadłeś na gałąź? - spytał tata, gdy po powrocie z pracy zobaczył ten ślad.
Con, dobry narciarz, obruszył się.
- O rany, nie tato. Ścigałem się z Normem. Szliśmy łeb w łeb, pruliśmy jak sztany...
Mam wymierzyła widelec. 
- Przepraszam, mamo jak szaleni. Norm wpadł na muldę i mało nie stracił równowagi. Wyciągnął rękę w bok, o tak... - zademonstrował, omal nie przewracając szklanki z mlekiem - ...i trafił mnie kijkiem w szyję. Bolało jak... to znaczy bardzo, ale już jest lepiej. 
Tyle że wcale nie było lepiej. Nazajutrz czerwona pręga wyblakła i zmieniła się najpierw w siny, a potem krzykliwy żółty naszyjnik, za to Con ochrypł. Wieczorem już mógł mówić tylko półgłosem. Po dwóch dniach oniemiał zupełnie. "


Pomocy nie trzeba było szukać daleko, mianowicie pastor, pomaga chłopcu. Fascynujący się elektrycznością, postanawia ją wykorzystać. 
Powszedni dzień października, nie zapowiadał się nadzwyczajnie... los chciał inaczej, po tym zdarzeniu wszystko się odmieni, łącznie z Charlesem. Dalsze losy bohaterów, poznajemy stopniowo. Główny bohater, Jamie zostaje uzależniony od narkotyków, lecz nie od razu. Wszystko jest kwestią wyborów i wydarzeń. Tutaj zaczęło się od zostania rockmanem, co przyczyniło się do używek. Heroina, to ona sprowadza naszego bohatera na dno, ale tutaj nie będzie smutnego zakończenia. Spotyka na swojej drodze Charlesa, nowego Charlesa. Uzdrawia on kolejne osoby, powołując się na Boga, mimo że wcześniej się go wyrzeka. Ma on jakiś plan, który zamierza doprowadzić do końca... Lecz Jamie tego nie wie. Ciekawość doprowadza do tego, że połączy ich ponownie los. Kto by pomyślał że te spotkanie, w teraźniejszości wywoła z czasem przeszłość?
Temat wiary jest tutaj nieodłącznym elementem. Pokazuje jak wiara w Boga, zmieni się, poprzez wydarzenie w życiu człowieka. Zostanie wykorzystana dla mroczniejszych celów. Sama akcja rozkręca się stopniowo, przez wspomnienia jak i losy bohaterów, którzy są świetnie wykreowani, co tworzy ich realistycznymi. Zakończenie było czymś, czego się nie spodziewałem, i jest pytaniem do dzisiaj. Czy istnieje życie po śmierci? Każdy w większym, boć mniejszym stopniu zadaje sobie takie pytanie. Mimo tego, mam mieszane uczucia. Oczekiwałem czegoś mocniejszego, lecz mimo to warto ją przeczytać. Refleksje po zakończeniu nasuwają się same, strach pomyśleć co by było, gdyby było tak naprawdę? - O czym pisze? - Przekonajcie się sami.

                                            
    "Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami. Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami."
          Liczba Stron: 536
          Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
     Moja ocena: 6,5/10


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Pan lodowego ogrodu - Tom IV - Jarosław Grzędowicz

"Najpierw poczuliśmy spływający na nas chłód, a potem dziwne mrowienie na skórze, które jeżyło włosy na rękach i karku. Zawod...