czwartek, 8 lutego 2018

Miasteczko Salem - Stephen King

"Nie zapalając światła, Matt wchodził powoli po schodach, pamiętając o ominięciu szóstego stopnia, który skrzypiało. Dłoń, w której ściskał krzyż, była spocona i śliska. 
Dotarłszy na piętro, odwrócił się bezszelestnie i obrzucił spojrzeniem krótki korytarzyk.Drzwi pokoju gościnnego były uchylone, choć doskonale pamiętał, że je zamknął. Z dołu dobiegał monotonny szmer głosu Susan.
Stawiając ostrożnie stopy, ruszył przed siebie korytarzem i po chwili stanął przed drzwiami. Oto kwintesencja wszystkich ludzkich lęków, pomyślał. Ciemność i tajemniczo uchylone drzwi.
Pchnął je drżącą dłonią.
Na łóżku leżał Mike Ryerson.
Przez okno wpadało światło księżyca, zamieniając pokój w srebrzystoszarą kałużę snu. Matt potrząsnął głową, jakby chciał odzyskać jasność widzenia. Miał wrażenie, że nagle cofnął się w czasie do ostatniej nocy. Za chwilę zejdzie na dół i zadzwoni do Bena, który jeszcze nie trafił do szpitala...
Mike otworzył oczy.
Przez chwilę błyszczały w świetle księżyca, srebrne z krwistoczerwonymi obwódkami i puste niczym starannie wytarte tablice. Nie sposób było w nich dostrzec żadnej ludzkiej myśli ani uczucia. "Oczy są oknami duszy" - powiedział Wordsworth. Jeśli tak było w istocie, to przez te okna zaglądało się do zupełnie pustego pokoju. 
Ryerson usiadł na łóżku. Białe prześcieradło zsunęło się z jego piersi i Matt ujrzał wyraźny, świeży szew, wykonany sprawną dłonią lekarza sądowego.
Mike uśmiechnął się, odsłaniając ostre, białe kły. Sam uśmiech polegał wyłącznie na skurczu mięśni twarzy i w żaden sposób nie dotyczył oczy, które pozostały martwe i puste.
- Spójrz na mnie - powiedział bardzo wyraźnie.
Matt zrobił to. Tak, oczy istotnie były całkowicie puste, ale zarazem niezmiernie głębokie. Mógł w nich niemal dostrzec własne miniaturowe, srebrzyste odbicia, zapadając się w ślad za nimi coraz głębiej, tam gdzie zarówno świat, jak i wypełniający go strach traci wszelkie znaczenie...
-Nie! - krzyknął, cofając się o krok i wyciągając przed siebie krucyfiks.
To, co kiedyś było Mike'em Ryersonem, zasyczało, jakby ktoś chlusnął mu w twarz wrzącą wodą, i uniosło ręce w obronnym geście. Matt zmusił się, żeby zrobić krok do przodu, a wtedy Mike zerwał się z łóżka i cofnął w kierunku okna.
- Odejdź! - wyskrzeczał Matt. - Odwołuję swoje zaproszenie!
Ryerson wrzasnął przeraźliwie wysokim, pełnym bólu i nienawiści głosem. Zatoczył się do tyłu, uderzając nogami w parapet okna, i chwiał się przez chwilę, usiłując na próżno odzyskać równowagę.
- Odwiedzę cię, kiedy będziesz spał, nauczycielu!
Przechylił się i wypadł w ciemność z uniesionymi w górę rękami. Białe ciało błysnęło w promieniach księżyca, prezentując w całej okazałości grube, wykonane czarną nicią szwy, układające się na brzuchu i klatce piersiowej w kształt olbrzymiej litery Y."

Pan lodowego ogrodu - Tom IV - Jarosław Grzędowicz

"Najpierw poczuliśmy spływający na nas chłód, a potem dziwne mrowienie na skórze, które jeżyło włosy na rękach i karku. Zawod...