niedziela, 9 grudnia 2018

Odwet oceanu - Frank Schätzing


" Tuż przed łodzią katapultował się z wody humbak. Do podrzucenia tak masywnego cielska potrzebne cielska potrzebne było potężne pchnięcie. Przez moment to wszystko wyglądało, jakby zwierzę opierało się na płetwie ogonowej. Tylko koniuszki płetwy znajdowały się jeszcze pod wodą, reszta ciała sterczała pionowo w górę, przewyższając mostek "Lady Wexham". Na żuchwie i spodniej stronie brzucha wyraźnie były widoczne podłużne fałdy. Nieproporcjonalnie długie płetwy piersiowe odstawały niczym skrzydła, połyskując bielą z czarnymi plamami i guzowatymi brzegami. Wyglądało to tak, jakby wieloryb chciał całkowicie unieść się z wody i z pokładu "Lady Wexham" dobiegło wielogłosowe "Oooch". Następnie potężny tułów przechylił się powoli na bok i wywołując eksplozje piany, opadł z powrotem w wodę.
Pasażerowie na górnym pokładzie cofnęli się. Część "Lady Wexham" zniknęła za zasłoną piany. W jej środku pojawiło się coś ciemnego, masywnego. Z głębin wystrzelił kolejny wieloryb. Wynurzył się o wiele bliżej statku, otoczony migoczącą mgłą kropelek wody i Anawak wiedział, jeszcze zanim na łodziach rozległy się krzyki przerażonych ludzi, że ten skok nie chyba celu.
Wieloryb uderzył z takim impetem w "Lady Wexham", że parowiec zakołysał się gwałtownie. Rozległ się trzask i huk. Zwierzę zanurzyło się z powrotem. Ludzie na górnym pokładzie rzucili się na ziemię. Woda wokół statku pieniła się i wirowała, a w następnej chwili nadpłynęło z boku więcej humbaków i znów dwa z nich wystrzeliły z wody w powietrze i całym ciężarem zwaliły się na kadłub statku. 
-  To jest zemsta! - krzyczał Greywolf przechodzącym w dyszkant głosem - Zemsta przyrody! 

Widok miał w sobie coś surrealnego. Tuż nad łodzią obrońców zwierząt sterczał pionowo ogromny humbak. Wydawał się niemal w stanie nieważkości, istota o monumentalne piękności, strupiasty pysk miał zwrócony ku chmurom i wciąż jeszcze unosił się w górę, dziesięć, dwadzieścia metrów nad głowami ludzi Greywolfa. Przez dłuższą chwilę wisiał na tle nieba, obracając się powoli, a metrowe płetwy piersiowe zdawały się do nich machać. 
[...] Spojrzenie  Anawaka powędrowało wzdłuż skaczącego kolosa. Nigdy nie widział czegoś tak strasznego i jednocześnie wspaniałego, nigdy z takiej bliskości. Wszyscy, Jack Greywolf, ludzie na zodiacach, on sam, zdarli głowy i wpatrywali się, co miało się wydarzyć.
- O mój Boże - szepnął.
Cielsko wieloryba pochyliło się jakby w zwolnionym tempie. Jego cień padł na czerwoną łódkę rybacką obrońców zwierząt, przesłonił dziób "Blue Sharka" i wydłużył się, kiedy olbrzym zaczął opadać w dół, szybciej i coraz szybciej..."

wtorek, 6 listopada 2018

Krabat - Otfried Preussler





"Burza się przybliżała, uderzenie wiatru zatrzęsło z brzękiem szybami okien, gdzieś błysnęło. Nieznajomy wydął wargi i splunął na stół. 
I już w miejscu, gdzie splunął, siedziała czerwona mysz.
- Teraz, młynarzu, spluń z kolei ty, jeśli możesz!
I Mistrz wypluł na stół czarną mysz, jednooką jak on sam. Myszy zaczęły okrążać się nawzajem na chyżych łapkach, jedna usiłowała ugryźć w ogon drugą, czerwona czarną, a czarna czerwoną. Już czarna miała ukąsić, gdy nagle nieznajomy prztyknął palcami. Tam, gdzie przed chwilą jeszcze przycupnęła czerwona mysz, czaił się teraz gotowy do skoku czerwony kocur. Momentalnie również czarna mysz przedzierzgnęła się w czarnego jednookiego kota. Groźnie parskając oba kocury natarły na siebie z wyciągniętymi pazurami. Cios łapą, ugryzienie i znowu cios!
Czerwony kocur celował w jedyne oko czarnego. Prychając, rzucił się na niego. Niewiele brakowało, a byłby mu je wydrapał.
Teraz prztyknął palcami Mistrz i już na miejscu czarnego kota siedział czarny kogut. Bijąc skrzydłami i uderzając dookoła siebie dziobem i szponami, rzucił się na czerwonego kota z taką wściekłości, że ten cofnął się z przerażenie, ale niedaleko, bo teraz z kolei prztyknął palcami młynarczyk.
I już na stole stały naprzeciwko siebie dwa koguty z nabrzmiałymi ze złości grzebieniami i nastroszonymi piórami: czerwony i czarny.
Za oknami szalała burza, ale nie rozpraszało to uwagi młynarczyków. Pomiędzy kogutami rozgorzała dzika walka. Nagle trzepocząc skrzydłami, zwarły się ze sobą; niczym grad padały ciosy dziobem i uderzenia ostrogą z jednej i drugiej strony, zasłaniały się skrzydłami, że aż pióra sypały się wśród wściekłych wrzasków i skrzeków.
Wreszcie czerwonemu kogutowi udało się wskoczyć na grzbiet czarnego. Wczepił się szponami w upierzenie przeciwnika, szarpnął je niemiłosiernie i bił z taką ślepą wściekłością dziobem, że aż czarny kogut musiał ratować się ucieczką.
Czerwony kogut gonił za nim przez pół młyna, aż wygnał z Koźlego Brodu."


niedziela, 28 października 2018

Drugi Legion - Richard Schwartz







" - Ujrzał raz chłooooooopak dziewczyyyyynę, o włosach jak słoooooońce złoooootych! Uniósł swój róóóóóg...
- Bogowie, teraz naprawdę zwariował - wyszeptał Armin - Magia spaliła jego nieszczęsny mózg! 
- Spokój tam! - Wrzasnął strażnik.
- Gdy dzieeeewczę róg ów ujrzaaaało, zlękło się i omdlaaało! Wziął chłooopak za rękę jąąąą...
Drzwi otworzyły się nagle i do celi wpadł strażnik z pałką w ręku, wymierzoną do ciosu. Z zaskoczenia nieomal zareagowałem za późno. U jego boku wisiał miecz - jednak nie zwykły miecz, a Rozpruwacz Dusz!
- Do mnie! - zawołałem.
Ostrze wysuneło się z pochwy i wskoczyło do mojej ręki. 
Żelazo zaświeciło blado, a ja poczułem jego radość i podniecenie, kiedy zacisnąłem palce na znajomej rękojeści. Ostrze zatoczyło łuk, jakże typowy dla tej przeklętej broni. Głowa strażnika poleciała w bok, Rozpruwacz Dusz skąpał się we krwi konającego i zanim zdążyłem się obrócić do Armina, by uderzyć po raz drugi, krew już wsiąkła w stal. Tym razem podzielałem jego radość i satysfakcje, nie broniłem się przed nimi, czując jak przepełnia mnie siła Rozpruwacza. 
Armin wytrzeszczonymi oczami wpatrywał się w swoje nadgarstki. Zwykłe żelazo nie stanowiła dla Rozpruwacza przeszkody. 
- Jak widzicie, nie potrzebuję młotka - rzekłem
Powoli podniósł głowę i przełknął ślinę. Wpatrywał się we mnie nieruchomym wzrokiem, a ja wyczytałem w jego oczach strach, trwogę i coś jeszcze. 
- Panie... wasze oczy... - wyszeptał
- Co z nimi?
Leandra zbadała moje oczy, ale nie dało się w nich dojrzeć nic szczególnego, w każdym razie nic, co tłumaczyłoby ślepotę.
Widać w nich srebrne gwiazdy... - Padł przede mną na kolana."

środa, 17 października 2018

II edycja przedwojennego konkursu literackiego „Już nie zapomnisz mnie”



Zapraszam do wzięcia udziału w II edycji 
przedwojennego konkursu literackiego „Już nie zapomnisz 
mnie”, który właśnie wystartował (jest on związany z dwudziestoleciem 
międzywojennym. 
Każdy może wziąć udział, nie tylko miłośnicy starego 

kina)

Myśle, że warto zajrzeć i spróbować swoich sił!

Kto z was jest zainteresowany? Każdemu kto bierze udział życzę powodzenia! 


środa, 19 września 2018

Pęknięta Korona - Grzegorz Wielgus





" - Precz mi stąd - nakazał surowo Jaksa.
- Jaki  wygadany jegomość! I jaki mądry.  - Chłop pogroził pasowanemu ciesielskim toporem. - W żałobę się ubrał, to i na własny pogrzeb bez wstydu się zjawi.
- Ratujcie, panie. Zapłacę. - prosił zamknięty w stodole Janko.
- Zawrzyj ryj! - Jeden z synów Mirka grzmotnął siekierą we wrota, aż drzazgi się posypały na klepisko.
- Tak to możesz mówić do swoich krów, i to tylko jak krasule pozwolą. - Jaksa zeskoczył z siodła i dobył miecza, którym natychmiast zatoczył młynka. Powietrze syknęło, przedarte ostrzem. - Do pana to się z szacunkiem odnoś, chamie. Przeproś a rychło, zanim ci gicze obetnę,. żebyś pełzał w oborniku, gdzie twoje miejsce. 
Raz jeszcze po dobroci mówię: idź precz.
Inkwizytor zjawił się w obejściu w porę, by usłyszeć ostatnie słowa Jaksy i zobaczyć, jak Mirko rzucił się na rycerza z nieludzkim warczeniem oraz pianą ściekającą po brudnej twarzy i nierówno rosnącej brodzie. 
- Graj muzyko, graj. - stwierdził z satysfakcją Jaksa. Natychmiast uchylił się przed żeleźcem topora, który przemknął ponad ciemną grzywą włosów. Rycerz kopnął Mirka między żebra, a płazem miecza uderzył w spalony słońcem kark chłopa. - Brzuchem w proch. 
- Nigdy! - Kmieć machnął siekierą na odlew, Jaksa jednak bez wysiłku uskoczył o krok w tył, by natychmiast ruszyć do kontry i odpowiedzieć cięciem z dachu. Lśniąca klinga opadła na głowę chłopa, odejmując mu niemal całe ucho. Rana spłynęła gęstą krwią, tworząc szkarłatną strugę ściekającą po szyi i barkach mężczyzny. 
- Toś oszelmowany, i to wprawnie, nieskromnie dodam - zaśmiał się Jaksa, kierując zbrukany czerwienią sztych ku ciężko dyszącemu mężczyźnie. - Czy teraz posłuchasz mędrszych od siebie?"





Akcja rozgrywa się w Krakowie. Rok 1273. Na samym początku poznajemy rycerza zwanego Jaksa. Odnajduje on zwłoki. Postanawia się udać z tą wieścią do inkwizytora.

"- Jesteś tu ponieważ? - Inkwizytor spojrzeniem przeszył Jaksę na wylot, jakby spoglądał na rzędy cmentarnych krzyży, nie dostrzegając siedzącego na murze mężczyzny. 
- Chciałem osobiście sprawdzić pułapki na ryby - wyjaśniał pasowany z tajemniczym uśmieszkiem, wciąż bawiąc się owocem. - Ale znalazłem ciało i cały zamysł diabli wzięli. 
- Jakby podmyło jakiś cmentarz i znalazłbyś nieboszczyka, nie kłopotałbyś mnie, tylko grabarza. - Mimo sceptycznej reakcji w chłodnych oczach inkwizytora błysnął ognik zainteresowania. - Mówże Jaksa, nie błaznuj.
- Widzę, żeś nie w humorze na krotochwile, braciszku. - Rycerzu gryzł jabłko. - Na trupach się znam, więc stawiam głowę, że nieboszczyk zeszłonocny, a nie topielec. Łeb szlachecki, patrząc po włosach, uduszony i bez palców u lewej dłoni. Na dodatek twarz okaleczona tak szpetnie, że nie sposób powiedzieć kto zacz." 

Oprócz owej dwójki bohaterów poznajemy jeszcze niejakiego Lamberta. Razem postanawiają rozwikłać zagadkę morderstwa.

Dlaczego postanowiłem przeczytać tę książkę? Kocham fantastykę w każdej postaci, dlatego długo się nie zastanawiałem.

Autor łączy tutaj fantastykę z wątkiem kryminalnym. Dodatkowo jest to owiane nutą humoru i wątkami historycznymi, które są dodatkowym plusem w tego typu powieściach. 
Sam pomysł na osadzenie akcji w Krakowie jest ciekawym zabiegiem, niestety ciężko było mi przebrnąć przez to. Osobiście wole, gdy akcja dzieje się w innym kraju, miastach. Dodatkowo język również wprowadzał tutaj małego chaosu podczas czytania. 

Fabuła. Mimo że na początku podobało mi się wszystko, później to spowolniło i akcja toczyła się niczym powolny galop. Dodatkowo zabrakło mi tutaj czegoś, co zawsze wzbudza więcej emocji i pompuje krew do naszego serca szybciej. Adrenaliny i nieprzewidzianych zwrotów akcji. 

Bohaterowie mają swój unikalny charakter. Gotfryd, nie jest to idealny  duchowny. Jaksa, rycerz, który potrafi w odpowiednich momentach zachować chłodną głową, lecz bywa porywczy. 

Okładka książki jest świetna! Przyciąga wzrok od samego początku.
Osobiście mimo że książkę czytałem długo, jak na taką ilość stron to polecam przeczytać. Mimo iż nie wszystko mi w niej odpowiadało,to może przypaść do gustu w całości. 


"Słowa są cenne. Dysponuj nimi mądrze"

Moja ocena: 5/10
Liczba Stron: 240
Wydawnictwo: Initium


czwartek, 6 września 2018

Runa - Vera Buck








"Z oddali aparatura zamocowana na ciele dziewczyny wyglądała jak wieża wiertnicza do wydobywania ropy naftowej. Jori kiedyś widział taką na plakacie reklamującym amerykańskie lampy. Wolną lewą ręką Charcot zaczął kręcić przy górnym podnośniku urządzenia, metalowa pałka obniżyła się o kilka centymetrów. Spod maski dobiegł jęk.
- Jeśli chcemy zobaczyć gwałtowny atak, a do tego dążymy podczas naszego pokazu, nacisk prasy musi być odpowiednio duży. Jak bowiem wiemy, gwałtownie pchnięcia wywołują u kobiet jeszcze większy efekt. (...) Wszyscy wpatrywali się w wiertło, które wbijało się w brzuch dziewczyny na głębokość pięści. A potem wszystko wydarzyło się błyskawicznym tempie. Ciało dziewczyny podskoczyło do góry tak gwałtownie, jakby otrzymała cios pięścią w plecy, a jednocześnie wieża wiertnicza przytrzymywała ją na materacu.
- Ataki zaczynają się zawsze w  ten sam sposób - bólem, który wywołuje skurcz mięśni. Krtań się zaciska i pacjentka twierdzi, że nie może złapać powietrza. Jeśli zastosowalibyśmy rozwieracz szczękowy, zobaczyliby panowie, że istotnie język stał się wiotki i delikatnie zsuwa się do gardła. Chora nie jest w stanie ani mówić, ani przełykać.
Na wykrzywionej twarzy dziewczyny malował się olbrzymi wysiłek. Włosy kleił się do jej czoła, wpadały do ust i oczu. 

- Teraz obserwujemy tak zwaną fazę epileptoidalną, podczas której skurcze rozchodzą się po całym ciele - Chcot, niczym spokojny narrator, komentował wydarzenia rozgrywając na scenie. - Pacjentka prostuje kończyny, zwija dłonie w pięści i wykręca je do wewnątrz. Patrzy doi góry. Wskutek skurczu mięśnie piersiowych jej ręce zaciskają się z przodu, pacjentka się kuli, jakby chciał przejść przez wąskie drzwi. Następnie rozpoczyna się faza najgwałtowniejszych ruchów, objawiająca się przede wszystkim naprzemiennym rozkładaniem rąk i dociskaniem ich do piersi, taj jakby chora chciała nas mocno uściskać."


Rok 1884. Paryż. Od początku można już poczuć klimat tego roku, jak i poznajemy naszego głównego bohatera. Joriego, lekarza, który postanawia odebrać od ojca chorą pacjentkę, trzymaną w okropnych warunkach.

"Jori przekręcił rygiel. Niedbale zbite z desek drzwi zachybotały się pod dotykiem. Ich zewnętrzna krawędź pozostawiła półokrągłe zadrapanie na podłodze. , do której przywarły wyschnięte królicze odchody. Zmrużył oczy i zajrzał w mrok, lecz nawet teraz widział nie więcej niż niewyraźny kształt ciała przytulonego do bocznej ścianki, nagą stopę i włosy. Jeden z kosmyków przyczepił się do chropowatego otworu po sęku. Chora pewnie osunęła się po ścianie".


Dalsze części książki rozgrywają się głównie w klinice Salpetriere, na oddziale neurologicznym  gdzie swoje pokazy prowadzi doktor Charcot. Przeprowadza on eksperymenty na histeryczkach, uważając, że można takie i inne symptomy wyleczyć. 
Oczywiście nie zaczyna brakować chętnych na takie widowiska, którzy postanawiają przyjechać i poznać szerzej te pojęcia. Można nazwać to skupiskiem lekarzy bez uczuć.

Podczas jednego z wykładów Charcot postanawia przeprowadzić hipnozę na młodej dziewczynce. 
Okazuje się natomiast, że jest ona odporna na jego metody. Długo się zastanawiając, stwierdza, że z mózgu można pozbyć się agresji i halucynacji poprzez wycięcie poszczególnego fragmentu.  W tym momencie publicznie nasz główny bohater Jori, postanawia się podjąć operacji na pacjentce. 

" Profesorze! - Jori zerwał się z krzesła, już w kolejnej sekundzie przerażony własną zuchwałością. Przerwał Charcotowi. Nikt nigdy nie przerwał doktorowi Charcotowi! I po co wstał? Spojrzało na niego sto par oczu. (...) 
- Ja... j-jeśli pan pozwoli, pragnę zmierzyć się z p-przypad-kiem tej dziewczynki aby napisać pracę o... tak... o t-tej dziewczynce i... eee... wyjątkowej metodzie jej leczenie, nad która. m- można powiedzieć, już p-pracuję. "


Oprócz Joriego poznajemy jeszcze jego przyjaciela Paula i jego siostrę Pauline. Dodatkowo jesteśmy świadkami innych bohaterów takich jak Gerard, Lecoq, Frederic, Maximie. Każdy z nich ma swój charakter i życie, natomiast nie wiedzą, że ich losy prowadzą ku jednemu wydarzeniu w mieście. 


Czy mężczyzna wyleczy dziewczynę? Przekonajcie się sami! 


Pierwszy raz czytam taką literaturę. Już pierwsze strony otwierają nam  drzwi, z których wylewa się zło, brak uczuć i chęć osiągnięcia sukcesu nie zważając na uczucia drugiego człowieka. Jest to bardzo mocna książka, dla ludzi o mocnych nerwach. 

Bohaterowie mają wręcz w dosadny sposób wykreowane swoje charaktery. Bardzo dobrze dlatego wpasowują się w treść fabuły, tworząc ją dodatkowo przerażającą. Poznajemy również ich przeszłość, dlatego możemy ocenić, co może kierować ich zachowaniami. Dodatkowo postać runy wywołuje przerażenie niczym rodem z horroru.  Duży plus dla autorki. 

Jeszcze trochę nawiązując do fabuły, klimat w tym miejscu jest naprawdę przerażający, mroczny. Patrząc na te wydarzenia, będąc w książce, widziałem wszystko przez czarno białe okulary. Tutaj nie znajduje się ani grama koloru. Zabiegi typu karmienie lejkiem osoby tak, żeby jedzenie trafiało do żołądka. Dokładne opisy doktora Charcota,  wystawiały moje nerwy na próbę z każdym pokazem, kolejną stroną. 

Nigdy nie sądziłem, że jakaś książka może tak przerażać, a jednocześnie smucić. Pomyśleć, że takie zabieg mogły się odbywać w rzeczywistości. Mamy tutaj elementy grozy, thrillera psychologicznego , a nawet kryminału. Brzmi świetnie, prawda? 


Oprócz świetnego potencjału, który autorka myślę, że posiada po pewnym czasie tak jak w moim przypadku, byłem znużony. Nie raz ciężko było mi przebrnąć przez strony dlatego moja ocena będzie niższa. Jestem ciekaw co następnego wyda Vera Buck. Z pewnością sięgnę po jej koleją pozycje, lecz prawdopodobnie przed czytaniem obok kawy, postawie sobie melisę. 

Polecam przeczytać. Oczywiście osobą o mocnych nerwach.

Czytaliście? Jak wasze odczucia? 
       
Moja ocena: 6/10
Liczba Stron:592
Wydawnictwo: Initium

"Nie chcę się wyrażać na ten temat zbyt stanowczo.
Drogi tego, co się dzieje w mózgowiu, są liczne i zawiłe. 
Sprawy niekoniecznie muszą się przedstawiać tak, jak je sobie wyobrażamy. Nie może nas to jednak powstrzymać przed tym, byśmy przynajmniej próbowali je przedstawiać"






sobota, 18 sierpnia 2018

Gra Anioła - Carlos Ruiz Zafón


"Słodkawy odór unosił się w powietrzu. Wstałem i rozejrzałem się. Na komódce stał porcelanowy talerzyk z czarną świeczką oblepioną gronami ciemnych łez stopionego wosku. Odwróciłem się. Smród wydawał się dochodzić od strony wezgłowia łóżka. Zajrzałem do szuflady nocnego stoliczka i znalazłem przełamany na trzy części krucyfiks. Zapach jakby unosił się w pobliżu. Obszedłem parę razy pokój, ale nie potrafiłem odnaleźć jego źródła. I wtedy to zauważyłem. Leżało pod łóżkiem. Ukląkłem, żeby tam zajrzeć. Metalowe pudełko, takie w którym dzieci chowają swoje skarby. Wyciągnąłem je i położyłem na łóżku. Odór stawał się coraz bardziej nieznośny. Powstrzymując mdłości, otworzyłem pudełko. Wewnątrz leżał biały gołąb z sercem przeszytym igłą. Odskoczyłem i zatykając usta i nos, cofnąłem się na korytarz. Oczy arlekina z uśmiechem szakala przyglądały mi się z lustra. Pobiegłem z powrotem do kręconych schodów i przeskakując po kilku stopni, dotarłem na dół, gdzie zacząłem szukać wejścia do korytarza prowadzącego do krągłego salonu i drzwi w ogrodzie, które udało mi się otworzyć. Przez chwilę bałem się, że się zgubiłem i że dom, niczym żywa istota, która może dowolnie przestawiać korytarze i pokoje, nie chce mnie wypuścić. W końcu dostrzegłem oszkloną galerię i pobiegłem ku drzwiom. Dopiero wówczas, mocując się z zasuwką, usłyszałem za plecami ów złowieszczy śmiech i zrozumiałem, że nie jestem w domu sam. Odwróciłem się na chwilę, by dostrzec ciemną postać przyglądającą mi się z głębi korytarza i unoszącą w ręką błyszczący przedmiot. Nóż."

Zapraszam do przeczytania recenzji, drugiej części z serii "Cmentarz zapomnianych książek" - Carlosa Luiza Zafóna. 





 Nastoletni David Martin, pisarz kryminałów dostaję propozycję od Don Pedro Vidala w pomocy rozwinięcia swojej osoby, jako pisarza.  Co musi zrobić, aby przekonać swoim warsztatem osobę, którą wysłał do młodego mężczyzny Pedo Vidal? Napisać najlepszą historię na pięć stron. 
Gdy nasz młody, debiutujący autor przekonuje do siebie naszego bohatera, związuje się z nim przyjacielską więzią. 

Kolejne rozdziały przeplatają się z wczesną młodością Davida. Opowiadają o jego ojcu, zamiłowaniu do książek i trudności, jakich musiał doświadczyć w tamtym okresie dorastania. 

Wszystko zmienia się nieoczekiwanie w życiu naszego pisarza, gdy otrzymuje ofertę od francuskiego wydawcy. Andreasa Corelliego. Jaka to oferta? Napisanie książki, lecz nie zwykłego kryminału. Ma być to dzieło, które ma zmienić ludzi i ich myślenie. Od tego momentu, zaczyna się szereg znaków zapytania w umyśle i życiu naszego bohatera. 

Postaci, wykreowane w tej książce są barwne, pasują do siebie, co jeszcze bardziej dodaje smaczku tej historii. Historia między Izabelą a Martinem była świetna. Przypominała mi trochę historie "Mistrza i Małgorzaty" - Michaiła Bułhakowa. On Mistrza a ona? Niczym Małgorzata pomagająca swojemu mentorowi. 

Carlos Ruiz Zafón swoim świetnym piórem udowadnia po raz kolejny, że wszystko ma przemyślane i po mistrzowsku wprowadza nas w swój świat intryg, miłości, rozczarować i smutku. Dodatkowo pięknie opisując miejsca Barcelony. Muszę stwierdzić, iż ta część jest bardzo smutniejsza od pozostałej. Ukazuje ona jak nasze nieprzemyślane decyzje, mogą doprowadzić do nieodwracalnych wydarzeń.  Zakończenie przyprawiło mnie o ciarki. Miałem pewne podejrzenia już w połowie książki, lecz czegoś takiego się nie spodziewałem. 

Mógłbym się tutaj rozpisać o wiele szerzej, lecz odkryłbym te wszystkie smaczki, których czytelnik sam doświadcza. Zachęcam do przeczytania, bo książka jest bardzo dobra i zostawia w szoku nawet po odłożeniu tej pozycji do swojego miejsca w biblioteczce. 

"Zawsze powtarzam, że bezczynność osłabia ducha. Mózg musi być czymś cały czas zajęty. A jak się nie ma mózgu, to przynajmniej ręce"

Moja ocena: 10/10
Wydawnictwo: Muza
Liczba Stron:608


środa, 8 sierpnia 2018

Zapowiedź książki pt "Runa" - Very Buck


Dzień Dobry.

Chciałbym wam przedstawić przedpremierową zapowiedź książki pt "Runa" autorstwa Very Buck.

Czego dotyczy fabuła? Ciekawi? Proszę bardzo! Poniżej przedstawiam oficjalny trailer :)



sobota, 4 sierpnia 2018

Outsider - Stephen King




" W głębi stodoły ktoś stał.
Jack wydał cichy okrzyk i sięgnął po broń. Nie miał jej. Glock został w małym sejfie Gardall, który trzymał w swoim wozie. 
Upuiścił latarkę. Schylił się po nią. Wódka szumiała mu w głowie, nie na tyle, by czuł się pijany, ale wystarczająco, żeby zachwiał się na nogach. 
Znowu poświecił w głąb stodoły i zaśmiał się. Żadnego człowieka, tylko kleszczyna od starej uprzęży, złamana prawie na pół.  
Pora stąd zmiatać, stwierdził. Może po drodze wpadnę do Gentelmen na jeszcze jednego drinka, a potem pojadę do domu i od razu położę się...
Ktoś za nim stał, i to nie było złudzenie. Widział cień, wydłużony i chudy. I... czy to oddech?
Zaraz mnie dorwie. Muszę paść na ziemie i się odturlać.
Nie mógł jednak się ruszyć był jak sparaliżowany.Dlaczego nie zawrócił, kiedy zobaczył, że wszyscy już pojechali? Czemu nie wyjął pistoletu z sejfu? Po co w ogóle wysiadł z wozu? Jack nagle zrozumiał, że umrze tutaj - na końcu gruntowej drogi w powiecie Canning".

 A co gdybym wam powiedział, że zło ma nie jedno imię i przybiera różne maski w naszym życiu? 
Dodatkowo mężczyzna oskarżony o zabójstwo, który jest w dwóch miejscach jednocześnie? 
 Zapraszam do przeczytania recenzji najnowszej książki "Outsider" - Stephena Kinga.

niedziela, 8 lipca 2018

Mroczny Układ - Dawid Waszak

"Ochroniarz zatrzymał się tuż przed pomieszczeniem, z którego dobiegały odgłosy, i dłonią pokazał mi drogę. Zamarłem, ale pchnął mnie i wpadłem do środka.
Było to pomieszczenie o powierzchni około dwudziestu metrów kwadratowych, z nieotynkowanymi i wilgotnymi murami. Przypominało starą rzeźnię. Na suficie wisiała goła żarówka, która dawała zimne światło. Na środku stało stare metalowe łóżko na kółkach, z niskimi barierkami po bokach. Przypuszczam, że dawniej mogło służyć do operowania pacjentów. 
[...] Obejrzałem się na ochroniarza. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Czekał, aż wykonam jakiś ruch, żeby dać mi w pysk? Nie chciałem go prowokować. Bałem się. Miałem wrażenie, że moje przełykanie śliny roznosi się po całym pomieszczeniu. Uzmysłowiłem sobie, że to moje ostatnie chwile."

sobota, 30 czerwca 2018

Cień Wiatru - Carlos Ruiz Zafón



Cień Wiatru. Każdy zachwycał się tym autorem. Przyszła i kolej na moją osobę. Czy autor przekonał mnie do siebie? Przeczytajcie moją recenzję :) 


Pierwsze dni lata 1945 roku. Barcelona.

"Wciąż pamiętam ów świt, gdy ojciec po raz pierwszy wziął mnie ze sobą w miejsce zwane Cmentarzem Zapomnianych Książek. Szliśmy ulicami Barcelony. Były pierwsze dni lata 1945 roku. Miasto codziennie dusiło się pod naporem szarego jak popiół nieba i słonecznego żaru, zalewającego Ramblę Santa Mónica strumieniem płynnej miedzi. 
- Danielu, to, co dzisiaj zobaczysz, masz zachować wyłącznie dla siebie - ostrzegł mnie ojciec. - Nikomu ani słowa. Nikomu. 
- Nawet mamie? - spytałem cichutko. 
Ojciec westchnął, ukryty za tym swoim smutnym uśmiechem, który jak cień towarzyszył mu nieodłącznie przez całe życie. 
- Nie, oczywiście, że nie. - odparł, spuszczając głowę. - Przed nią nie mamy tajemnic. Mamie możesz mówić wszystko." 

niedziela, 27 maja 2018

Mam na imię Zero - Luigi Ballerini


Dlaczego postanowiłem przeczytać tę książkę? Z prostego powodu.Oczekiwałem sztucznej inteligencji, wymagającej lektury. Co dostałem? Przeczytajcie.


Następuje awaria w pewnym ośrodku. Zapada ciemność. Główny bohater, Zero wydostaje się z pomieszczenia w którym ono nastąpiło. Tak naprawdę, nigdy nie miał styczności z prawdziwym światem. Nie zna nic, oprócz tego co wpajano mu cały czas podczas izolacji. Czuje każdy opadający płatek śniegu, powiew powietrza. Jak to możliwe aby było tyle powietrza w jednym miejscu?

środa, 23 maja 2018

Uwikłanie - Zygmunt Miłoszewski






" - Będzie mnie pan próbował przekupić czy zastraszyć? - spytał Szacki, kiedy wrócili do stolika.
Punkt dla niego.  Jeśli milczał tak długo, bo zastanawiał się takiego początku. 
Musiał się teraz trochę wycofać, a to od razu go stawiało na gorszej pozycji. Rucola wydała mu się bardziej gorzka niż zwykle.
- Widzę, że lubi się pan ubierać schludnie - powiedział, wskazując na jego garnitur.
- Wolę określenie: elegancko.
Uśmiechnął się.
- Elegancja zaczyna się od dziesięciu tysięcy. Pan jest schludny.
- A więc łapówka. Prawdę mówiąc, od jakiego czasu jestem ciekaw, ile mi zaproponujecie. Więc może proszę sobie darować te wstępy i wymienić kwotę. Będziemy wiedzieć, na czym stoimy, jeszcze zanim przyniosą makaron. 
Drugi punkt. Albo z nim pogrywa, albo faktycznie chodzi mu o pieniądze. Czyżby to było aż tak proste? Tyle już wiedział o prokuratorze Szackim, że zapomniał, iż jest on źle opłacanym urzędnikiem państwowym, równie łasym na kasę jak wszyscy inni.
Czuł się rozczarowany, ale faktycznie można załatwić całą sprawę przed makaronem.
[...] Teodor Szacki odsunął krzesło. 
Wyjął z kabury pod pcahą niewielki pistolet, fabrycznie wyposażony w tłumik, i przyłożył mu do serca. 
- Siadaj - szepnął.
Szacki pobladł, ale poza tym trzymał fason. Wolno przysunął krzesło do stolika.
- Nie wiem, jak bardzo jest pan szalony - powiedział spokojnie. - Ale chyba nie na tyle, żeby sprzątnąć mnie przy świadkach.
- A co - zapytał tamten, uśmiechając się łagodnie - jeśli tutaj nie ma żadnych świadków? Co, jeśli są tutaj jedynie moi ludzie?
Jak na komendę parka obcokrajowców, facet w lnianej koszuli i dwóch biznesmenów podniosło głowy i pomachało wesoło Szackiemu. Prokurator obejrzał się w stronę baru. Kelner pomachał mu tak samo jak tamci. "



Mózg - Opowieść o nas - David Eagleman






Kto tu rządzi? 
"No cóż, kosmos okazał się o wiele większy, niż kiedykolwiek wcześniej go sobie wyobrażaliśmy, patrząc nocą w rozgwieżdżone niebo. 
Podobnie też wszechświat roztaczający się we wnętrzu naszej głowy wykracza dalece poza zasięg naszych świadomych doświadczeń. Dziś dopiero zaczynamy dostrzegać pierwsze migawki z ogromu jego wewnętrznej przestrzenie. Wydaje się, że rozpoznanie twarzy przyjaciela, jazda samochodem, zrozumienie dowcipu albo decyzja o tym, co wyjąć z lodówki, nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku, ale wbrew pozorom wszystko to jest możliwe jedynie za sprawą ogromnej ilości obliczeń, do jakich dochodzi poza naszą świadomością. W tej dokładnie chwili oraz w każdym innym momencie naszego życia w sieciach mózgowych wre praca: miliardy impulsów elektrycznych pędzą wzdłuż neuronów, uruchamiając sygnały chemiczne rozsyłane do bilionów połączeń synaptycznych między komórkami. Warunkiem pojawienia się nawet najprostszych zachowań jest przeogromna siła działania, jaką dysponują neurony. Wciąż pozostajemy rozkosznie nieświadomi tych działań, ale koloryt i kształt naszego życia zależy całkowicie od tego, co się dzieje "pod maską": to, jak się zachowujemy, co jest dla nas ważne, nasze reakcje, nasze uczucia i pragnienia, co uznajemy za wiarygodne lub nie. Nasze doświadczenie jest jedynie produktem końcowym działania tych ukrytych struktur. Zatem kto tak naprawdę dzierży ster?"

środa, 16 maja 2018

Bestia w jaskini i inne opowiadania - H.P. Lovecraft




Dlaczego postanowiłem przeczytać opowiadania Lovecrafta? Z prostego powodu. 
Każdy uważa go za króla grozy, stawiając z Stephenem Kingiem a nawet uważa za lepszego od niego, dlatego chciałem sprawdzić czy to prawda.
Czy jest tak naprawdę? Czytajcie do samego końca.
Książka posiada 47 opowiadań. Jedne są krótkie drugie długie.
Spośród tylu opowiadań, mojej osobie przypadłe takowe:
- Bestia w jaskini. Jest to historia o mężczyźnie który zgubił się w jaskini, podążając za przewodnikiem. Okazuje się iż w jaskini czyha coś złego. Czy to tylko wyobraźnia mężczyzny czy naprawdę zło znajduje się w tym samym miejscu co nasz bohater?

środa, 18 kwietnia 2018

Pierwszy Róg - Richard Schwartz






"Uniknąłem wzrokiem tego, co leżało przede mną. Znalazłem widły z drewnianymi zębami. Były roztrzaskane...
Ukląkłem i przyjrzałem się im bliżej. Za mną stali Lea i karczmarz, żadne się nie odezwało, słychać było tylko zwierzęta i odgłos wiecznej zawiei. W tle rozpoznałem parskanie: Zeus mnie wyczuł, musiał jednak zaczekać.
Trzonek wideł nie był złamany, coś rozgryzło go na połowy, ślady zębów były wyraźne. 
W końcu zwróciłem się ku chłopakowi.
Leżał jak zepsuta lalka, z rękami i nogami podwiniętymi nienaturalnie; przez nogawkę na udzie przebiła się kość. Od miednicy po mostek był rozpruty, żebra miał połamane. Jamę brzuszną i klatkę piersiową miał wypatroszone do czysta, może wręcz wylizane. Leżał pośrodku wielkiej ciemnej plamy, we własnej krwi, która była jeszcze gęsta i lepka, zimna już, lecz nie zamarznięta.
Brakowało mu oczu, nosa i uszu.
Jego kaftan był rozdarty, drewniane guziki pourywały się, kiedy został rozerwany na strzępy.
- Jeszcze nigdy nie słyszałem o zwierzęciu, które rozbierałoby swe ofiary - rozległ się mój głos. Nie zdawałem sobie sprawy, że wyrażam swe myśli."

piątek, 23 marca 2018

Mike Tyson,Larry Sloman - Moja Prawda




"Nokautowałem  sparingpartnerów na prawo i lewo. Tuż przed walką znowu byłem sobą. Dziennikarzowi "Boston Globale" powiedziałem: 
- Zniszczę Spinksa. Zniszczę ich wszystkich. Kiedy z kimś walczę, chce go złamać. Chcę odebrać mu męskość. Chce wyrwać mu serce, a potem mu je pokazać. Ludzie mówią, że jestem prymitywem i dzikusem, ale płacą 500 dolarów, żeby mnie zobaczyć. Jestem wojownikiem. Gdybym nie trafił do boksu, łamałbym prawo. Taką mam naturę.
Spinksa wkurzyło chyba moje zuchwałe zachowanie.
- Dobrze jest trochę sobie postraszyć - powiedział dziennikarzom podczas ostatniej konferencji prasowej przed walką.
Do ringu wchodziłem całkowicie pewny siebie. Nadal jednak nie cieszyłem się zasłużonym uznanie ludzi z ulicy, który śledzili dokonania Spinksa dłużej niż moje. Kiedy przed pojedynkiem pojawiłem się na ulicach Nowego Jorku lub Los Angeles, kolesie do mnie i mówili:
- Spinks cię znokautuje, czarnuchu. Skopie ci dupsko.
- Ty coś ćpałeś? - odpowiadałem. - Skoro wierzysz w te bzdury, to chyba jesteś kosmitą.
To byli nienawistni ludzie.
 (...) Kiedy tylko wszedłem na ring i spojrzałem na Spinksa, wiedziałem, że muszę ostro na niego ruszyć. Podczas słuchania instrukcji w ogóle na mnie nie patrzył. Czekając na gong, Kevin powiedział mi, że postawił swoją kasę z walki na to, że znokautuję Spinksa w pierwszej rundzie. 
Rozległ się dźwięk gongu i natarłem prosto na przeciwnika. Męczyłem go przez chwilę, a potem wymieniliśmy ciosy i wiedziałem już, że nie jest w stanie mi zagrozić, bo nie czułem w ogóle jego ciosów. Po minucie dopadłem go przy linach, trafiłem lewym podbródkowym i posłałem na deski prawym na korpus. Był to pierwszy upadek Spinksa w całej jego dotychczasowej karierze. Wiedziałem, że jest już po walce, bo przez cały tydzień nokautowałem sparingpartnerów właśnie uderzeniami na korpus. Spinks upadł po ciosie, który nie wydawał mi się zbyt mocny. 
Wstał jednak, a sędzia doliczył do ośmiu i wznowiliśmy pojedynek. Kilka sekund później Spinks wyprowadził potężne uderzenie, na które odpowiedziałem prawym podbródkowym i walka była skończona. Wróciłem do narożnika z wyprostowanymi ramionami i dłońmi skierowanymi do góry. 
Robili tak wszyscy dawni mistrzowie, bo był to gest skromności, ale ja w myślach i tak uważałem się za najlepszego ze wszystkich. "


niedziela, 11 marca 2018

Achaja - Andrzej Ziemiański









"- Znikąd pomocy - rozległ się tuż obok czyjś głos. 
Meredith o mało nie wpadł do wody. Łódź zachybotała się od jego gwałtownego podskoku, nabierając trochę wody. Tuż obok... Nie, to niemożliwe! Tuż obok po powierzchni wody szedł chłopak z kijem i tobołkiem, ten sam, którego czarownik zostawił na brzegu.
- Znikąd pomocy - powtórzył chłopak. - Nie chcieliście mnie przewieźć, panie chłopi nie chcieli dać mi łodzi. Zresztą po co mi łódź, i tak bym z niej nie skorzystał. No i muszę iść na piechotę.
Meredith z trudem opanował kołyszącą się gwałtownie łódkę. Nie czuł wokół żadnej magii!
- Kim jesteś?
- Nie kim, tylko czym - poprawił go chłopak.
Meredith czuł, że rozszalałe niesamowitym spotkaniem serce uspokaja się trochę.
- No to czym jesteś?
- Oooo... to trudno powiedzieć.
Czarownik zdążył już zapomnieć, jak ciężko rozmawia się z chłopcem.
- Nie jesteś chyba...
- Bogiem?- Chłopak wpadł mu w słowo. - No co wy?
Rozum z was uszedł? - Nie było w nim już poprzedniej udawanej uniżoności, ale perfidnie przez cały czas wydawał się sympatyczny. - Czy ja wyglądam na Boga?
W tej stojącej na powierzchni wody postaci było coś niepokojącego, ale też i miłego, a nawet pociągającego, tak - pociągającego właśnie. Jakiś specyficzny urok emanujący z drobnej sylwetki sprawiał, że wydawała się przyjazna, ale i... groźna.
- A jak cię zwą?
- Mnie? No... Różnie. - Chłopak zrobił zabawną minę. - Zależy gdzie.
- Powiesz?
- No mówię, że różnie. Zwą mnie Wielkim Błaznem albo Wielkim Kłamcą, albo Tym, Którzy Przychodzi we Śnie.
"To nie był dobry sen" - powiedział chłop nie tak dawno.
- Ale tak naprawdę nazywam się Wirus.
- Dziwne Imię.
Chłopak przysiadł na brzegu łodzi, a ta ani drgnęła, zupełnie jak by nie obciążono jej żadnym dodatkowym ciężarem.
- Jak możesz chodzić po wodzie? - ciągnął Meredith. - Wokół nie ma żadnej magii.
- Ach! To was tak przestraszyło. - Wirus zerwał się nagle i zrobił fikołka na powierzchni wody, a ta nie zmarszczyła się nawet, zupełnie tak, jakby była kamienną posadzką. Z drugiej strony na lazurowej tafli wyraźnie widać było jego odbicie. - No... to trudno wytłumaczyć.
- Skoro nie chcesz mi odpowiedzieć na żadne pytanie to po co rozmawiamy? 
Wirus roześmiał się głośno. 
- Ależ pytajcie... pytajcie.
- Kim jesteś?
- Och!- Chłopak skrzywił się, jakby odpowiedź miała być rzeczywiście wielkim problemem. - Jestem dziełem Boga."









Gdy mój magiczny świat Trudi Canavan się skończył, zacząłem poszukiwania w celu znalezienia kolejnej świetnej pozycji. Wyszukałem w internecie Achaje, opinie były świetne, dlatego zdecydowałem się im zaufać. Dodatkowo, chciałem aby był to polski pisarz. Dlaczego? Chciałem porównać czy dorównują zagranicznym.


Początek książki ukazuję nam Archentara, króla jednego z siedmiu wielkich książąt Królestwa Troy. Dowiadujemy się, że posiada córkę, Achaję. Nie jest ona,  jak większość córek królów, dziewczyną, która wygląda pięknie na salonach i przy boku rodziców.
Achaja jak na swój młody, 15 letni wiek jest bystra i inteligentna. Posiada umiejętności walki w ręcz, potrafi posługiwać się włócznią czy chociażby strzelać z łuku.

"Achaja potrafiła strzelać z łuku jak chłopak, biegać i pływać jak chłopak, jeździć na koniu jak chłopak, z rozstawionymi nogami, ale... Ale chłopcem raczej nie zostanie. I ta właśnie myśl mąciła spokój wielkiego księcia."

Dodając od siebie, po prostu jest ona świetnym rycerzem w żeńskim wydaniu.

Jej ojciec, pragnący potomka, wychodzi za Asije. Jest ona o rok młodsza od Achai.
Nienawidzi ona córki króla, dlatego gdy nieoczekiwanie dowiaduje się o powołaniu do wojska, które zostało dostarczone do rąk Achentara, jest zachwycona. Za wszelką cenę, postanawia pozbyć się konkurencji.


Drugą postacią, którą będziecie mieli okazje poznać, jest Zaan, stary skryba świątynny.
Kapłani z świątyni Wszystkich Bogów, zauważyli w nim wyższą inteligencje od pozostałych dzieci i mimo niskiego urodzenia, wzięli go na naukę. Jego zamiłowaniem było czytanie, czytał wszystko,zakazane księgi, opowieści co wprowadzało go w głębsze refleksje, marzenia.  Niestety, był również uzależniony od alkoholu. Jego marzeniem było podzielić się wiedzą, której dowiedział się z ksiąg. Wszystko zmienia się w jego życiu, gdy poznaje Siriusa.
Twierdzi on, iż jest błędnym rycerzem, zabijającym smoki, demony i potwory.
Zaan postanawia zostać giermkiem mężczyzny. Jak potoczą się dalej jego losy? Czy był to dobry wybór?



Meredith, jet to trzecia główna postać, którą poznacie.
Jest on czarownikiem. Tak więc, nie zdziwi was to, iż potrafi dostrzegać wydarzenia mające miejsce w przeszłości, sięgając nawet trzech wieków wstecz. - Przełom w jego życiu następuje, gdy spotyka Wirusa. Przedstawia mu się jako dzieło Boga, lecz również jest rzeczą. Dlaczego Wirus odwiedził akurat czarownika?


Kto by się spodziewał, iż polski pisarz, jakim jest Andrzej Ziemiański, postawi tak wysoko poprzeczkę w świecie fantasy? Stworzył świat, w którym nie ma litości, panuje poniżenie, krew, tortury i walka o władze, lecz nie tylko. Znajdziemy tutaj również bardzo dobrze, przemyślaną fabułę. Postaci Zaana i samego Wirusa, są doskonale przemyślane.Jak dla mnie, pomysł,"rzeczy", był strzałem w dziesiątkę. Nie ukrywam, iż nie jest to książka dla wszystkich. Kobiety mogą poczuć się urażone, pisarz nie traktuje ich tutaj w sposób ulgowy, wręcz poniżający. Drugą rzeczą, która może przeszkadzać, jest wulgarne słownictwo. Jeśli mimo tego, nie przeszkadzają wam te elementy, śmiało czytajcie. Mam nadzieje że choć trochę, was zainteresowałem.

Dawajcie znać w komentarzach, czy czytaliście i jakie są wasze odczucia. Chętnie je poznam!



 "Pewien mędrzec powiedział, że człowieka nie można uczynić bardziej wolnym niż jest sam z siebie. Żaden las, żadne więzienie nie uczyni nikogo bardziej lub mniej wolnym niż był przedtem."


                                                 Moja ocena:7/10                                                
 liczba stron:688
Wydawnictwo: Fabryka Słów









czwartek, 8 lutego 2018

Miasteczko Salem - Stephen King

"Nie zapalając światła, Matt wchodził powoli po schodach, pamiętając o ominięciu szóstego stopnia, który skrzypiało. Dłoń, w której ściskał krzyż, była spocona i śliska. 
Dotarłszy na piętro, odwrócił się bezszelestnie i obrzucił spojrzeniem krótki korytarzyk.Drzwi pokoju gościnnego były uchylone, choć doskonale pamiętał, że je zamknął. Z dołu dobiegał monotonny szmer głosu Susan.
Stawiając ostrożnie stopy, ruszył przed siebie korytarzem i po chwili stanął przed drzwiami. Oto kwintesencja wszystkich ludzkich lęków, pomyślał. Ciemność i tajemniczo uchylone drzwi.
Pchnął je drżącą dłonią.
Na łóżku leżał Mike Ryerson.
Przez okno wpadało światło księżyca, zamieniając pokój w srebrzystoszarą kałużę snu. Matt potrząsnął głową, jakby chciał odzyskać jasność widzenia. Miał wrażenie, że nagle cofnął się w czasie do ostatniej nocy. Za chwilę zejdzie na dół i zadzwoni do Bena, który jeszcze nie trafił do szpitala...
Mike otworzył oczy.
Przez chwilę błyszczały w świetle księżyca, srebrne z krwistoczerwonymi obwódkami i puste niczym starannie wytarte tablice. Nie sposób było w nich dostrzec żadnej ludzkiej myśli ani uczucia. "Oczy są oknami duszy" - powiedział Wordsworth. Jeśli tak było w istocie, to przez te okna zaglądało się do zupełnie pustego pokoju. 
Ryerson usiadł na łóżku. Białe prześcieradło zsunęło się z jego piersi i Matt ujrzał wyraźny, świeży szew, wykonany sprawną dłonią lekarza sądowego.
Mike uśmiechnął się, odsłaniając ostre, białe kły. Sam uśmiech polegał wyłącznie na skurczu mięśni twarzy i w żaden sposób nie dotyczył oczy, które pozostały martwe i puste.
- Spójrz na mnie - powiedział bardzo wyraźnie.
Matt zrobił to. Tak, oczy istotnie były całkowicie puste, ale zarazem niezmiernie głębokie. Mógł w nich niemal dostrzec własne miniaturowe, srebrzyste odbicia, zapadając się w ślad za nimi coraz głębiej, tam gdzie zarówno świat, jak i wypełniający go strach traci wszelkie znaczenie...
-Nie! - krzyknął, cofając się o krok i wyciągając przed siebie krucyfiks.
To, co kiedyś było Mike'em Ryersonem, zasyczało, jakby ktoś chlusnął mu w twarz wrzącą wodą, i uniosło ręce w obronnym geście. Matt zmusił się, żeby zrobić krok do przodu, a wtedy Mike zerwał się z łóżka i cofnął w kierunku okna.
- Odejdź! - wyskrzeczał Matt. - Odwołuję swoje zaproszenie!
Ryerson wrzasnął przeraźliwie wysokim, pełnym bólu i nienawiści głosem. Zatoczył się do tyłu, uderzając nogami w parapet okna, i chwiał się przez chwilę, usiłując na próżno odzyskać równowagę.
- Odwiedzę cię, kiedy będziesz spał, nauczycielu!
Przechylił się i wypadł w ciemność z uniesionymi w górę rękami. Białe ciało błysnęło w promieniach księżyca, prezentując w całej okazałości grube, wykonane czarną nicią szwy, układające się na brzuchu i klatce piersiowej w kształt olbrzymiej litery Y."

Pan lodowego ogrodu - Tom IV - Jarosław Grzędowicz

"Najpierw poczuliśmy spływający na nas chłód, a potem dziwne mrowienie na skórze, które jeżyło włosy na rękach i karku. Zawod...