wtorek, 12 listopada 2019

Pan lodowego ogrodu - Tom II - Jarosław Grzędowicz




"Widziałem biegnącą kobietę, ale gnającą tak szybko i płynnie, jak nie jest dane żadnemu człowiekowi. Trudno było nadążyć za nią wzrokiem, lecz nie wiedziałem, dlaczego jej widok wydaje mi się przerażający. Zupełnie jakbym patrzył na potwornego demona.
Kobieta o skołtunionych włosach i skórze świetliście białej niczym brzuch piskorza pędziła przed siebie, a jak unosiłem się nad nią na podobieństwo ducha. Przeskoczyła jednym susem zwalone drzew i przypadła na chwile do ziemi, węsząc jak pies. A potem zadarła głowę do góry i wydała z siebie przeraźliwy wrzask, Brzmiał jak ryk bawołu, zew skalnego wilka i upiorne zawodzenie morskich stworów naraz.
Zobaczyłem, że jej wygięty grzbiet nagle z trzaskiem porósł rzędem kolców wyglądających niczym bełty strzał, wyrastających z każdego kręgu, z palców wystrzeliły zakrzywione w haki szpony, włosy przypominały raczej kolce jeżozwierza. Znowu zawyła, unosząc białosiną, trupią twarz o strasznych, lśniących oczach zatopionych w czerni oczodołów. Spod jej rozciągniętych niemożliwe warg, wychyliły się błyskawicznie dwa rzędy krzywych, potężnych zębów.

[...] Strażnik uniósł hucząca pochodnię w górę, później do przodu, drugą ręką ujmując rękojeść. 
Ostrożnie wszedł między krzaki, przesuwając na boki ramię z płonącym łuczywem. 
Drugi wartownik kierownik strzałę tam, gdzie padało światło. Obaj poruszali się ostrożnie i cicho, nie wchodząc sobie w paradę i pilnując nawzajem swoich pleców. 

[...] Upiorna kobieta wystrzeliła z krzaków jak tygrys. 
Prosto w ich twarze. Ostre, wściekłe bzyknięcie strzały, huk lecącej w górę pochodni i zgrzyt dobywanego miecza zlały się w jeden dźwięk. 
A potem rozległ się jeszcze stłumiony krzyk i chrupot kości. Na białe, gładkie zbocze wzgórza bryznęła krew, zanim pochodnia spadła na ziemię."




Po około dwuletniej przerwie z panem lodowego ogrodu postanowiłem wrócić do świata Vuko, wykreowanego przez Jarosława Grzędowicza. Czy był to dobry pomysł? 
Zapraszam do przeczytania mojej recenzji! 
Pierwsze strony przenoszą nas na Midgard. Van Dyken, który włada ogromną mocą, zamienia naszego bohatera w drzewo. Sytuacja miała miejsce w pierwszym tomie. Nasz główny bohater, mimo że jest drzewem, pełni rolę obserwatora. Widzi, jak opadają liście, umierają osoby, a on nic nie może zrobić, dosłownie nic. 

Po pewnym czasie pojawia się jeden z bogów tego świata, gdzie prowadzi go na spotkanie z resztą osobistości boskiej. Po dobrym wypadnięciu jednogłośnie postanawiają przywrócić Vuko jego ludzką postać. Od teraz zaczyna się walka z czasem, musi zdążyć przed spadnięciem śniegu.
 Bo gdy spadnie, wszyscy na planecie nie będą nic pamiętać i będą musieli uczyć się wszystkiego od nowa.  Dodatkowo coś się zmieniło wewnątrz Drakkinena, lecz on jeszcze o tym nie wie.

Oczywiście, jeśli tęskniliście również za władcą tygrysiego tronu, spotkamy go również tutaj.  
Tendżaruk oraz Brus podążają po świecie razem, ku przeznaczeniu. Nasza para bohaterów przebiera się za adeptów kultu Podziemnej Matki. Ich wyprawa nabiera innego znaczenia, gdy spotkają archimatrone oraz Tendżaruk spotyka swych rodaków. Czy to spotkanie polepszy więzi naszych bohaterów? Czy jednak będzie to zupełnie coś innego? 

Jakich zmian doznają Vuko, Brus oraz Ardżuk? Musicie przekonać się sami, sięgając po drugi tom pana lodowego ogrodu-Jarosława Grzędowicza.

Osobiście uważam, że drugi tom wypada również świetnie co poprzedni, nawet  bym powiedział, że jest przewaga drugiego nad pierwszym. Do fabuły dodane są rozmowy z bogami, takie elementy jak zakrzywiona czasoprzestrzeń, pieśni bogów oraz... nieskończona wyobraźnia autora. 
Szczerze powiedziawszy, jest to doskonały przepis na świetną powieść. 

W tym tomie również jesteśmy świadkami, jak każdy z bohaterów zmienia stopniowo swój charakter. Wpływ oczywiście na to mają wydarzenia, które ich spotykają. 
Każda z postaci, zarówno główna czy poboczna, odgrywa pewną rolę i autorowi wyszło to świetnie, ponieważ każdy ma swoje unikalne cechy, co tworzy ich naturalnymi.

Opisy w książce są jak najbardziej plastyczne, bez problemu jesteśmy w stanie odpalić swoją fantazję w głowie i dać jej pole do popisu. Osobiście uwielbiam jak z przesytu fantastyki, paruje mi z głowy i muszę zrobić sobie chwilę przerwy. Jarosław Grzędowicz już od pierwszego tomu daje nam coś takiego, stale podkręcając to jeszcze bardziej. 

Dodatkowo na pochwałę zasługuje Dominik Broniek za swoje świetne ilustracje, które dopełniają piękno tej książki. 

Już nie mogę się doczekać III tomu. 

Dajcie znać, jak waszym zdaniem wypadł II tom.

Do zobaczenia niebawem!  

 "Gdy popełni się błąd, przyznanie się do tego nie jest hańbą i nikogo nie upokarza. Jest dowodem mądrości i odwagi. Może kiedyś się tego dowiesz, ale mnie to niewiele obchodzi."
 Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 656
Moja ocena: 10/10



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Upadłe anioły - Graham Masterton

Przeszłość - Każdy z nas ma taką za sobą, niezależnie czy była ona dobra czy też nie. Gdy zrobiliśmy kilka błędów albo dużo złych rzeczy, st...